sobota, 6 lipca 2013

Piękna mowa znikąd się nie bierze

To my, rodzice, jesteśmy w głównej mierze za nią odpowiedzialni. Od pierwszych dni bycia z dzieckiem uczymy je mówić - mówiąc do niego. Mówmy więc normalnie (znaczy ładnie, wyraźnie), "po dorosłemu", nie stosując dziwolągów językowych jak np. "zięby" [zamiast "zęby"] czy "ląćki"[rączki]. Wrr, na samą myśl aż się we mnie gotuje.

Rozwój mowy wspierać możemy na wiele sposobów:

"od biernych (np. masażyki) i wspomagających (np. kląskanie, mlaskanie, parskanie) po czynne, które wymagają zrozumienia polecenia (np. udawanie żucia, liczenie zębów, masowanie językiem podniebienia, płukanie gardła). Warto robić także ćwiczenia oddechowe (np. dmuchanie przez rurkę, zdmuchiwanie świeczki, wąchanie kwiatków), dzięki którym wydłuża się faza wydechu." źródło

Wąchanie kwiatków (a raczej wszelkiej zieleniny przychodnikowej) jest u nas ostatnio hitem na spacerach. Dziś zaliczyliśmy spacer po lesie, więc trawę najpierw staraliśmy się znaleźć, potem Mama ją zrywała, dawała do rączki Synkowi, gilgotała jego ciałko a na koniec razem ją wąchaliśmy. I wszystko byłoby pięknie - zachwyt nad przyrodą, poznawanie otoczenia, wskazywanie rączką na trawę, krzewy, drzewa, i w końcu ta intuicyjna "nauka mówienia" czyli wąchanie - gdyby nie fakt, że za każdym kolejnym napotkanym źdźbłem trawy do moich uszu dobiegało: "Mamma! Mamma!", co oznaczało: "Mama, schyl się i też wąchaj". Bo Synek uwielbia zwiedzać świat z pozycji człowieczej, no prawie, bo na czworaka szurając kolankami po asfalcie albo bruku, zależy czym wyłożono chodnik :) Z tym wąchaniem byłoby ok, gdyby nie jedna drobna kwestia - otóż ja do ziemi mam troszkę więcej centymetrów niż Szkrab (co sobie uświadomiłam dopiero jako Matka), więc jednak z mojej strony aż takiego zachwytu nie ma. Zwłaszcza co dwa-trzy kroki. "Mamma! Mamma!". No bo weź najpierw podwiń kieckę, tudzież nasuń mocniej spodnie na tylną część ciała a co by gacie nie wylazły nasamprzód. Potem weź się schyl, a lata już nie te, no i nos w trawę.

Co pani robi? Kozy pasę. Ot, taki żarcik rodem z dziecięcego repertuaru.


Tak czy siak kolejny skraweczek wiedzy o świecie Dziecku przekazałam. A przy tym ile nauki, ile dzielenia. Bo choć spacerując milczeliśmy chwilami i "tylko" wąchaliśmy zieleninę (no tylko tylko), to uczyłam Małego mówić. Super. Lubię to! :-)



1 komentarz:

  1. :):) dobre dobre "co by gacie nie wylazły nasamprzód. "

    OdpowiedzUsuń