wtorek, 23 września 2014

Słowne kalambury czyli kreatywność

Najpierw czekaliśmy na gaworzenie, potem na pierwsze proste słowa Synka - z wypiekami na twarzach, a jakże. Nie my jedyni, no jasne. Potem na te dłuższe słowa, które następnie łączone były z różnymi dźwiękami. Czekaliśmy, czasem troszkę zazdroszcząc innym rodzicom, że ich szkraby już tyle mówią, ale wiedzieliśmy, że nasz Synek potrzebuje czasu, że ma swój rytm i ta kolejność rozwoju poszczególnych umiejętności jest właściwa. Gdy wsłuchujesz się w dziecko, widzisz i słyszysz więcej. Walczyć wtedy trzeba jedynie ze swoimi pragnieniami, żeby już zaczęło chodzić, biegać, mówić, żeby było bardziej samodzielne, żeby to, żeby tamto... A ono np. ciągle raczkuje, albo tylko się do ciebie uśmiecha i nica więcej poza "mama" nie chce mówić, albo nieustannie bawi się jednym typem zabawek. Do czasu. Bo w pewnej chwili następuje zwrot. Nawet trudno nam obojgu teraz określić, kiedy to się zaczęło, doczekaliśmy się boomu i ... teraz mamy cośmy chcieli :-)

W maju padły pamiętne "Ja sam niam niam", a w czerwcu posypały się kolejne zdania: "ja piję", "ja idę siam". Jest wrzesień. Antoś poczynił tak kolosalne zmiany w rozwoju mowy, całej motoryki i ogólnie zrobił się z niego mały chłopiec, nie "dzidzia" żadna, że oboje z Mężem nie możemy się napatrzeć i nadziwić. Od tygodnia określenia znane tylko nam przekształcają się i nabierają coraz bardziej oczywistych brzmień i kształtów.
Przykłady: "idiemy nia" to już zwyczajnie "idziemy na pacel" (spacer), a "lyba" to już nie cmoknięcie. Do tego ta ryba to "supel lyba".
Synek przypomina mi o wielu rzeczach: "Mamo, patetaj kupit bułe" (pamiętaj żeby kupić),
dopytuje gdzie co jest: "A dzie je jete siita?" (a gdzie jest jeszcze szynka?),
albo stwierdza fakty: "bizia noc" (zbliża się noc).
Konkretnie mówi co chce: "daj mi masiem bułe" (bułkę z masłem)
albo stanowczo stwierdza, że "u nas je siaambo, nie ma kalitaty" (szambo vs. kanalizacja)

Po mistrzowsku buduje długie zdania: "Czemu mama i Antoś nie idą do pjacy?"
i zaskakuje rozwalającym na łopatki konkretem: "mama obiecała, ze Antoś ziupę je a potem idzie na pjac ziabaw" (że jak Antoś zje zupę, to potem pójdzie na plac zabaw).

Kalamburem było dziś Antosiowe zdanie:
"Mamo daj mi siabę".
Zachodzę w głowę, nie wiem o czym mówi. Pytam więc "co to?", "co się tym robi?".
"Maluje" - odpowiada syn.
"Chcesz farbę?".
Pada "tak" ukoronowane uśmiechem.






niedziela, 21 września 2014

Efekt Michała Anioła

Ludzie drodzy, nawet nie wiedziałam, że coś takiego w ogóle jest! Ale już wiem, że jest i bardzo mi się podoba! Szerzej o tym tutaj (cały artykuł), a poniżej wyłuskałam (to co dla mnie) najważniejsze.

Efekt Michała Anioła to "wydobywanie potencjału, pragnień, marzeń i celów z drugiej osoby". Został zbadany w relacjach miłosnych. Powstaje pytanie czy podobny efekt można osiągnąć również w relacjach rodzic-dziecko. 

A można i to z konkretnym wynikiem. Szok normalnie :) Ale przecież kształtujemy od małego, czyli żeby szczęśliwe dziecko mieć warto "proces kształtowania szczęśliwego człowieka (...) rozpocząć już w dzieciństwie". Warto mieć to na uwadze co/jak mówić (mama) i co robić (tata).


Dowiodły tego pierwsze tego typu w Polsce badania, przeprowadzone przez psychologa Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej:


- słowa i zachowanie rodzica wobec dzieci mogą mieć duży wpływ na proces „rzeźbienia” ich przez bliskich 

- słowa te mogą przyczynić się do realizacji, spełnienia ich własnych marzeń i celów związanych z własną osobą.

W przypadku chłopców:
- to SŁOWA MATKI, a nie sposób w jaki się zachowuje wobec syna, motywują go do zbliżania się do własnego ideału. 
Pozytywne komunikaty matki wobec syna będą prawdopodobnie miały wpływ nie tylko na chwilowe zachowanie, ale także na jego przyszłe relacje z partnerką. 
Jak formułować taki komunikat? Jeśli naszym marzeniem jest aby syn został muzykiem wówczas matka, która chce wspomóc jego pasję, powinna mówić: „podoba mi się twoja gra na pianinie, szybko się uczysz, jesteś bardzo uzdolniony i jestem z ciebie dumna."

- zachowanie ojca wspierające pasje syna powoduje przybliżanie się do idealnego obrazu siebie.

Jeśli ojciec wie, że syn pragnie być piłkarzem to gra z nim często w piłkę, nawet jeśli za tym nie przepada. 

W przypadku córki:

- córki przybliżają się do wymarzonego ideału, kiedy ojcowie wspierają je w racjonalnym i intuicyjnym myśleniu
- kiedy matki pozwalają uwolnić emocje i ekspresję uczuć. 
- akceptacja, wspieranie i pozytywne postrzeganie może wpływać na ich dobre życie w związku partnerskim w przyszłości.

Sposób, w jaki rodzic, a potem partner życiowy postrzega drugą osobę ma związek z tym, jakie aktywności i działania ona podejmuje. W bliskich relacjach działa zasada „jak mnie postrzegasz taki obraz we mnie wzmacniasz”. Zakładając, że moje idealne JA to obraz mnie jako pływaka, to słowa ojca lub męża, że doskonale pływam, mogą motywować mnie, do jeszcze większego wysiłku i startu w zawodach. To daje mi szczęście, bo realizuję własny, idealny obraz siebie.


Święte słowa.







Dziecko na Warsztat

Allle się będzie działo!! Ochoczo choć z pewną dozą nieśmiałości przystępujemy z Synkiem do II edycji projektu Dziecko na Warsztat, podczas której będziemy na różne sposoby podróżować po świecie malując, wyklejając, dłubiąc i ciapiąc się w różnych maziach, szukając, pytając i czytając, niezmordowanie inspirując się pomysłami innych a w szczególności czerpiąc z tego, co nas otacza - tu i tam, tuż obok i tam poza oceanem. Bo tematem przewodnim są podróże, te małe i te duże. Będziemy podróżować po całym globie przez 10 miesięcy. Start i relacja z pierwszego warsztatu pojawi się u nas (oraz na pozostałych blogach uczestniczących w projekcie) już 29 września.



Harmonogram projektu Dziecko na Warsztat:

29 września – warsztat dotyczący najbliższego otoczenia/środowiska lokalnego; temat przewodni: legenda/opowieść/historyjka/bajka
27 października – warsztat dotyczący Polski lub kraju, w którym obecnie mieszkamy; temat przewodni: znana/wybitna osoba
24 listopada – DnW w Afryce; temat przewodni: rękodzieło/sztuka ludowa
22 grudnia – Podróż do Ameryki Południowej. A że okres okołoświąteczny to tematem przewodnim będą święta/tradycje/zwyczaje związane z Ameryką Południową.
26 stycznia – Pora na Amerykę Północną. Temat przewodni: muzyka/piosenka
23 lutego – Będzie zimno, bo DnW rusza na podbój Antarktydy. Temat przewodni: świat przyrody (i fauna i flora).
30 marca – W marcu będziemy w Australii. Temat przewodni to sztuka
27 kwietnia – Odwiedzimy świat orientu czyli Azję. Tematem przewodnim będzie język
25 maja – Wracamy do Europy. Temat przewodni: kulinaria
22 czerwca – jeśli lubicie podróże – to ten warsztat zdecydowanie dla Was :) – każdy uczestnik wybierze swój ulubiony kraj; temat przewodni: zabytki

Do dzieła! :-)



środa, 14 maja 2014

Jem sam

Podczas jedzenia zupy Antoś dumnie uniósł łyżkę i powiedział z uśmiechem połączonym z dumą: "Ja jaam".
Mama z radością odpowiedziała: "Tak, jesz zupę. Powiedz: <<Ja jEm>>"
A: Ja JEMM (i szerokie uśmiechy na obu twarzach)
M: Ja jem zupę. Powiedz "Ja jem sam". (mama dociekała dalej)
Moment namysłu u Syna....
A: "Ja sam niam niam".

:)


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Pampers vs. nocnik i sedes



Od kilku dni słyszę nad uchem dyszące, sapiące poczucie winy. Coś na kształt tej kosmatej paniki od pana Cejrowskiego. Udaję, że jej nie słyszę, ignoruję ale wiem, że jest, choć nie chcę aby była. Skąd to wszystko? Ano z tego że my jeszcze w pieluchach, a przecież Syn ma już (!) dwa i pół roku na karku - mówią. Doszły do tego jeszcze argumenty najbliższego otoczenia (znajomi, całe szczęście nie rodzice), że taki duży, że w sumie to już informuje kiedy robi siusiu i kupkę do pampersa, no ale to najwyższy czas, że jak to pieluchy, zaraz do przedszkola pójdzie a tu takie akcje.. Tekst w stylu „taki stary koń” (dzięki Bogu nie wystosowany bezpośrednio do nas, tylko w kontekście 2,5 latka Kogośtam - bo inaczej to trzepnęłabym jak nie ręką, to mięsem między oczy autora cytowanych słów). Wiem, wszystko w dobrej wierze, z rzekomej troski. Tylko po co się wchrzaniać w czyjeś decyzje, metody rodziców a w szczególności w rytm i tempo dziecka. Poganianie Malucha żeby nie było gorsze? Dziękuję, postoję. Do kompletu nawałnicy myśli i rozważań doszła jeszcze rozmowa z jedną moją znajomą, która praktycznie całe 20 minut spotkania poświęciła na wychwalanie jak to jej 9-ciomiesięczniak jest regularnie wysadzany na nocnik i jak cudnie się do niego załatwia. Aż się spotkań odechciewa.

Seledynowy nocnik stoi w łazience, sedes pachnie kostką toaletową. Czekają cierpliwie. Tak jak i my.



środa, 12 lutego 2014

Czego nie nauczyli mnie w szkole...

I nie nauczyli mnie tego z mojej winy. Bo ja pewnie z chęcią chodziłabym na takie lekcje, żeby nauczyć się wyrażać to, co zalega w głowie i w sercu. Choć w sumie to chyba sama się tego poniekąd z własnej woli uczyłam. Taki samouk. Pisząc pamiętnik. A wracając do winnych... Wtedy w szkołach zwyczajnie nie było (wtedy, a teraz są?!) takich przedmiotów. Bo po co uczyć dzieciaki jak innych słuchać (a czy uczyli jak mówić by inni nas chcieli słuchać i usłyszeli, co chcemy przekazać? bez oskarżeń, bez pretensji. z empatią),  jak dogadywać się między sobą, czy w końcu nazywać i mówić o tym, co faktycznie w duszy gra.. Nie, źle prawię. Nie "po co" ale "jak" tego uczyć? I kto ma się za to niby zabrać, skoro sami dorośli mają poważny deficyt wspomnianych powyżej umiejętności...

Jak inaczej wyglądałby nasz świat gdybyśmy umieli :


* słuchać (nie kiwać głową ze zrozumieniem, parafrazować wypowiedź rozmówcy czy mruczeć "mhm, mhm", tylko faktycznie rozumieć logikę i sens tego, co mówi do nas druga osoba; chodzi tu o logiczne motywy, które kryją się za wypowiadanymi słowami. Słuchać to w końcu rozumieć emocje i to skąd się one biorą;
* skutecznie się komunikować (czyli umieć powiedzieć innym to, co chcę powiedzieć i to w taki sposób w jaki oni chcą o tym usłyszeć. Innymi słowy skuteczny rozmówca będzie mówił w taki sposób, że słuchająca go osoba wykona to co powiedział)
* zarządzać emocjami (chodzi o znajomość własnych emocji, czy znam słownictwo opisujące dany stan w jakim obecnie się znajduję - skąd się wziął, jakie mam reakcje w ciele i jak to na mnie oddziałuje)
* zarządzać oczekiwaniami ("jakość twojego życia zależy od tego, jak dobrze wykonasz plan B" - czyli czy wiem co zrobić jeśli plan A nie wypali, pamiętając przy tym, że brak planu B wywołuje u mnie nieoczekiwane reakcje, przestaję słuchać, tracę kontrolę nad sobą i nad swoim zachowaniem, czy zadaję pytania DLACZEGO?)
* się uczyć (wszystkiego i o wszystkim, co mnie interesuje, co jest mi potrzebne, czego wymaga dana sytuacja... Uczyć się, a nie zakuwać, żeby tylko ZZZ = Zakuć Zdać Zapomnieć)

Proste, konkretne i do zastosowania dla każdego, niezależnie od branży, czy jest to biznes czy zarządzanie ogniskiem domowym :-)

I teraz pytanie, czy jest dla mnie za późno na zmiany? Za radą prowadzącego - trzeba się wysilić i np. pójść do znajomych i zapytać ich jak się uczą, jakie mają sposoby. I wybrać sobie ten najlepszy wg nas i elastycznie dopasować go do siebie. A jeśli na zmiany faktycznie jest już za późno (tylko kto to realnie oszacuje?) to pozostaje mi kupić się na potomkach. Hm, tylko skoro potomek uczy się i chłonie całym sobą i czerpie przykład z tych, z którymi przebywa, to czego on się ode mnie nauczy? Od nauki nie ucieknę.

Inspiracje dzięki prezentacji TEDxTalks p. Jerzego Zientkowskiego http://www.youtube.com/watch?v=bcgQJnknY04




poniedziałek, 10 lutego 2014

mój domowy dżem ekspresowy

Doskonały na 4 pory roku..


3 średnie jabłka
pół gruszki
Owoce obieramy, kroimy w kostkę i dusimy/smażymy w odrobinie wody. Dodajemy cynamonu i kurkuma wg uznania.
Na koniec dodajemy sporą szczyptę cukru brzozowego (tylko dlatego że w zamyśle miałam dodanie rabarbaru, naturalna słodycz dzięki gruszce jest wystarczająca).

Wytwór ten nadaje się jako dodatek do bułeczek albo farsz do naleśników.
Dla łasuchów i nie dbających o żadne diety - można dodać tfu-nutelli... Właśnie skonsumowałam i.. ech, niepoprawnie się rozmarzyłam :)



środa, 29 stycznia 2014

Ja: gdzie - kiedy - z kim, czyli rozmyślania okołourodzinowe

Rozmyślam, dumam, zastanawiam się. Czy iść w tę stronę, a może w tamtą? Czy zająć się tym, co teraz spędza mi sen z powiek, czy może jeszcze czymś innym, o czym jeszcze nie wiem, a co zaraz, za chwilę mnie pochłonie.
18+ dawno na karku, niby powinnam mieć już ustabilizowane życie zawodowe, określoną - jak to się modnie mówi - ścieżkę rozwoju kariery, wiedzieć co chcę robić, gdzie i z kim. A ja dalej nie wiem. I co? I nic, szukam, rozglądam się, czytam, rozmyślam, dumam, zastanawiam się. W którą iść stronę, za czym iść - za sercem, czy za rozumem? A jeśli i to i to teraz śpi? Słychać tylko jak trzeszczą drzwi w futrynach od rozchodzącego się po okolicy ich chrapania...

Nie widzę, nie słyszę. Moja drogo życiowa, gdzie jesteś? Raz, dwa, trzy - szukam!


----------------------------------------

Od ostatniego wpisu minęło jakieś 5 miesięcy. Aż trudno mi uwierzyć, bo taki miałam zapał regularnie się tu wyżywać... Mam nadzieję, że wraz z wkroczeniem w nowy wiek (18 + +) będę tu co jakiś czas zaglądać i zostawiać po sobie ślad.
Od miesiąca faktycznie zbierałam się do napisania czegoś, ale ciągle coś się dzieje, wokół Kogoś o czarnych oczętach :-) Zajmuje mi Ten Chłopak całą mnie, cały mój czas, moje myśli, moje działania. Więc jak tu znaleźć jeszcze czas na pisanie... Kolejna rzecz do przemyśliwania, dumania nad i rozmyślania o.

Póki co szepnę tylko słówko: nadejszła wiekopomna chwila. Szukamy przedszkola. Godnego nas (hehe). Głowa boli. Niedługo z bólu skręcać się też będzie portfel i konto w banku :-D








czwartek, 8 sierpnia 2013

Wychowywać bez przemocy



Kropka.




Jak ojciec

Tekst ocenzurowany, niemniej tylko dla dorosłych :) Szczególnie dla planujących potomstwo bądź rodziców dzieci w wieku rozwojowym.

Urzekła mnie ich historia :D


Przychodzi syn ze szkoły: 
- Tato, pani od matematyki chce się z tobą spotkać. 
- A co się stało? 
- Ona mnie pyta ile jest 7 razy 9. Odpowiadam, że 63. Ona mnie pyta ile jest 9 razy 7. Odpowiedziałem: Do ch**a, co za różnica? 
- Rzeczywiście, co za różnica... Dobrze, zajdę do niej. 
Następnego dnia syn znowu wraca ze szkoły: 
- Tato, byłeś już w szkole? 
- Jeszcze nie. 
- Jak pójdziesz, zajrzyj jeszcze do WF-isty. 
- Po co?
- W trakcie gimnastyki kazał mi podnieść lewą rękę. Podniosłem. Potem prawą. Podniosłem. Potem poprosił podnieść lewą nogę. Podniosłem. A teraz - mówi - podnieś i prawą nogę. Ja mu na to: Co, mam na ch*** stanąć? 
- No tak, rzeczywiście... Dobrze, zajdę i do niego. 
Kolejnego dnia syn znowu wraca ze szkoły: 
- Tato, byłeś już w szkole?
- Jeszcze nie. 
- To już nie chodź. Wyrzucili mnie. 
- Co ty mówisz? Dlaczego?
- Wezwali mnie do dyrektora, wchodzę do gabinetu, a tam siedzi nauczycielka matematyki, WF-ista i pani od polskiego... 
- Pani od polskiego? Na ch** tam ona przyszła? 
- Właśnie tak zapytałem...

Być wzorem - nietrudno. Ale wzorem pięknym, budującym, tym do powielania - zaj******* trudno.




Dorosły vs. dziecko


(przez telefon) "Ok, muszę kończyć, bo Mały ryczy."
(do dziecka) "Ale maruda z ciebie!. Jak ty wyglądasz, upaprałeś się cały i tylko grymasisz."

Nie raz z ust wylezie, jak wstrętny robal spod szafy, słowo lub określenie, które od razu jest nie na miejscu, wykrzywia obraz, rani. Ledwo wybrzmi w powietrzu a już czujesz, że to nie fair, że to nie to, co chciałaś powiedzieć. Nie to było w głowie, a już na pewno nie w sercu. Przecież tak nie myślę! Ale gdy dziecko uprzykrzy ci dzień, sprawi, że nie masz ani chwili dla siebie. Ggy skupiasz się na swoich brakach, zamiast cieszyć się tym, co masz i co otrzymujesz. Gdy nie masz znikąd pomocy albo pomoc ci oferowana ("Daj go, zajmę się przez chwilę. Ty dokończ zupę.") jest odpychana przez głośne i stanowcze "NIE" twego dziecka. Wtedy jakby poza twoją kontrolą tracisz panowanie nad sobą, nad sytuacją. Zaciera ci się ostrość widzenia, włącza się krótkowzroczność, daje o sobie znać ego. Frustracja wzrasta, a ty z każdą chwilą czujesz mniejszą kontrolę nad tym co w tobie, co wokół, KTO obok ciebie. 
Nie chcesz uderzyć, pilnujesz się by nie szarpnąć ani nie szczypnąć. Tyle się pilnujesz, starasz. A gdy niespodziewanie pękasz bo np. Mały drapie cię paznokciami po twarzy, wychodzi z twoich ust właśnie taki robal językowy.

I po co to? Co z tym zrobić, żeby tak nie robić?

Janusz Korczak trafnie ujmuje prawdę o nas - dorosłych. Zapominamy się. Bierzemy świat w swoje dorosłe, zestarzałe ręce i zapominamy KIM byliśmy.
A jakby tak co dzień, krok po kroczku, wrócić - najpierw pragnieniem bycia, a potem konkretnym stawaniem się - do bycia dzieckiem. Nie dosłownie. Myślą, mową, czynem - wtedy kiedy trzeba. No właśnie. Też nie wiem, kiedy są te momenty i sytuacje kiedy trzeba :)


"Bo dorosłemu nikt nie powie: 'Wynoś się', a dziecku często się tak mówi. 
Zawsze jak dorosły się krząta, to dziecko się plącze, 
dorosły żartuje, a dziecko błaznuje, 
dorosły płacze, a dziecko się maże i beczy, 
dorosły jest ruchliwy, dziecko wiercipięta, 
dorosły smutny, a dziecko skrzywione, 
dorosły roztargniony, dziecko gawron, fujara. 
Dorosły się zamyślił, dziecko zagapiło. 
Dorosły robi coś powoli, a dziecko się guzdrze. 
Niby żartobliwy język, a przecież niedelikatny. Pędrak, brzdąc, malec, rak - nawet kiedy się nie gniewają, kiedy chcą być dobrzy. 
Trudno, przyzwyczailiśmy się, ale czasem przykro i gniewa takie lekceważenie."
 
Janusz Korczak - Kiedy znów będę mały. W: Fragmenty utworów, Warszawa1978 s.181





poniedziałek, 29 lipca 2013

Kałuża

Moje rodzinne miasto. Urlop, więc oczy widzą więcej.
Za oknem niemiłosierny gorąc. Koła aut rozchlapują jedyną kałużę na parkingu przed kościołem. Dla zanurzających w niej nóżki i dzióbki gołębi jest małym stawem, oazą na pustyni. Dla przechodnia - zwyczajną niewydarzoną dziurą w drodze, w której staw skokowy może nieźle nawywijać lub zwyczajnie ugrząźć i zmobilizować cię do umówienia wizyty u dentysty bo bez jedynki głupio przecież paradować po mieście. Dla kierowcy - przeszkodą do ominięcia. W końcu i na parkingu można ćwiczyć manewry.

Gołębie na sam widok aut i spieszących do świątyni dwunogich istot odlatują. Wracają gdy tylko otoczenie cichnie. Są przy jedynym w okolicy, jak nie w całym mieście, (jak nie jak tak!? no przecież że jedynym!!) - wodopoju. To ich źródło ochłody, ostoja na te morderczo gorące dni, kiedy w cieniu z rana jest ponad 27 st. a otwieranie okien na oścież nie wnosi do wnętrz domostw nic poza żarem i zdyszanymi muchami.

Gdy nadjechaliśmy wszystkie gołębie odleciały. "Też nie mają gdzie biesiadować. W cień by poszły" - pomyślałam. Dopiero później, czekając w aucie na szofera ;) spostrzegłam GO niosącego wiaderko z wodą. Pierwsza myśl jaka mi zakwitła w głowie: "Oo, mają wodę w piwnicy. No przecież! Tuż obok kałuży jest studzienka kanalizacyjna". Ale ta mina, jego uśmiechnięte oczy wpatrzone w gołębie...I gołębie, które niezbyt przejęły się nadejściem dwunogiego. Odsunęły się nieco, wzbiły delikatnie w górę. Za chwilę wróciły. Dostawca wody spojrzał na nie i odszedł z TYM wyrazem twarzy. Odszedł, choć mógł spokojnie odfrunąć. Do zakrystii. Anioł. W czerni.
Franciszkanin.




poniedziałek, 15 lipca 2013

... jak auto

I znowu dostałam. Komplement. A wcale się nie prosiłam, a już na pewno nie o tego typu ludzi, co siedzą całymi dniami na ławce w parku sącząc chmielowy napój gazowany. Bo nigdy nie wiesz jak bardzo procentowy to człowiek i jakie ma zamiary. No ale że tuż obok "typa" dwukrotnie się przechadzałam to mogę tylko sobie podziękować. I Synowi, bo kręciłam się tam dzięki niemu, bo primo po pierwsze najpierw trza było się sensownie z auta wypakować, a młodej matce z Dzieciorem pod pachą ruchów ekspresowych brakuje a Syn na etapie rękonoszenia, oraz primo po drugie wrócić po pampersa bo ten co w użyciu był zużył się i zwyczajnie "puścił soki".

Nagle słyszę głos "typa" - pana w słusznym wieku, wakacjującego z przyjacielem na ławeczce w parku, trzymając w dłoni napój hlodzący.

"Typ" nr 1: "Jest pani piękna jak pani samochód."
"Typ" nr 2: "Co ty gadasz?! Pani jest piękniejsza niż ten samochód!!" - poprawił swego przedmówcę. "I ma pani piękne dziecko."
Ja: "O, tutaj ma pan całkowitą rację."

I nie chodziło mi o to, że NIE JESTEM piękna jak moje auto (gwoli informacji: śmigam dwuletnią Skodą Fabią, czerwoną, całkiem czystą z zewnątrz - zatem do najbrzydszych aut nie należy, a mi w czerwonym ładnie, tak mówią). No co, zwyczajnie onieśmielił mnie ten komplement. Oryginalny, niepowtarzalny, i dźwięczy cały czas w uszach. Dobrze, że nie jeżdżę autobusem...





Dzisiejsze dziecko - jutrzejszy człowiek

Musiałam to zamieścić. Żeby nie stracić następnych okazji do refleksji..
Niech te myśli będą młotkiem co wali mnie w łeb gdy skupiam się na tym, co psuje i zniekształca relacje z sobą, z innymi...

 





środa, 10 lipca 2013

Krowie oczy

Wyrwałam się dziś na mądry wykład, niby z dala od Dziecka i Męża ale mimo wszystko w łączności, bo temat dotyczył żywienia i suplementacji nieletnich. Na zegarek wiszący na ścianie na wprost mnie zerknęłam ze dwa razy, raz jakoś mimowolnie, bez konkretnego sensu i refleksji, drugi raz z refleksją - "O! zbliża się 20:00. Pewnie Syn już śpi. Przy ojcu inaczej się nie da".
Przyznaję - dobrze mi było na tym wykładzie, bo refleksji i postanowień powyliczałam sobie niemało, a do tego pogadałam z dorosłymi (!!). Wprawdzie temat i tak dotyczył Dziecka mego, ale to zupełnie inna inszość - mówić o Dziecięciu bezpiecznym pod skrzydłami taty i nie martwić się, że zaraz strąci mi złośnikowo okulary z nosa bo się nim nie zajmuję, a udawać że słucham rozmówcy i tak koncentrując się w 1000% na wybrykach Szanownego Syna Eksploratora. No i ja, pytana-nie pytana, mogłam spokojnie opowiedzieć jak to mi z nim jest, jaki to On we własnej osobie. No że cudny, że piękny, że mądry to każdy wie. Ale że ma teraz okres buntu i niechlubny zryw ręki do klepania matki po czym się da w geście protestu.
Dobrze mi było. I gdy tak opowiadałam, nagle padło: "Jak tam mamuśka się masz? Oo, nawet nie wyglądasz na zmęczoną". Zaskoczona, odpowiedziałam tylko szerokim uśmiechem. A potem ni z gruchy ni z pietruchy: "Szczęśliwa jesteś, co?!? Jak tak o nim opowiadasz to masz takie krowie oczy. Szczęśliwe. Cała jesteś szczęśliwa. I uśmiechnięta".


Noo. Jestem. Choć czasem przemęczona i mam ochotę sprzedać i jeszcze dopłacić. Ale tylko przez chwilę. Bo przecież kocham nad życie. Swoje, jego, twoje. :)




sobota, 6 lipca 2013

Piękna mowa znikąd się nie bierze

To my, rodzice, jesteśmy w głównej mierze za nią odpowiedzialni. Od pierwszych dni bycia z dzieckiem uczymy je mówić - mówiąc do niego. Mówmy więc normalnie (znaczy ładnie, wyraźnie), "po dorosłemu", nie stosując dziwolągów językowych jak np. "zięby" [zamiast "zęby"] czy "ląćki"[rączki]. Wrr, na samą myśl aż się we mnie gotuje.

Rozwój mowy wspierać możemy na wiele sposobów:

"od biernych (np. masażyki) i wspomagających (np. kląskanie, mlaskanie, parskanie) po czynne, które wymagają zrozumienia polecenia (np. udawanie żucia, liczenie zębów, masowanie językiem podniebienia, płukanie gardła). Warto robić także ćwiczenia oddechowe (np. dmuchanie przez rurkę, zdmuchiwanie świeczki, wąchanie kwiatków), dzięki którym wydłuża się faza wydechu." źródło

Wąchanie kwiatków (a raczej wszelkiej zieleniny przychodnikowej) jest u nas ostatnio hitem na spacerach. Dziś zaliczyliśmy spacer po lesie, więc trawę najpierw staraliśmy się znaleźć, potem Mama ją zrywała, dawała do rączki Synkowi, gilgotała jego ciałko a na koniec razem ją wąchaliśmy. I wszystko byłoby pięknie - zachwyt nad przyrodą, poznawanie otoczenia, wskazywanie rączką na trawę, krzewy, drzewa, i w końcu ta intuicyjna "nauka mówienia" czyli wąchanie - gdyby nie fakt, że za każdym kolejnym napotkanym źdźbłem trawy do moich uszu dobiegało: "Mamma! Mamma!", co oznaczało: "Mama, schyl się i też wąchaj". Bo Synek uwielbia zwiedzać świat z pozycji człowieczej, no prawie, bo na czworaka szurając kolankami po asfalcie albo bruku, zależy czym wyłożono chodnik :) Z tym wąchaniem byłoby ok, gdyby nie jedna drobna kwestia - otóż ja do ziemi mam troszkę więcej centymetrów niż Szkrab (co sobie uświadomiłam dopiero jako Matka), więc jednak z mojej strony aż takiego zachwytu nie ma. Zwłaszcza co dwa-trzy kroki. "Mamma! Mamma!". No bo weź najpierw podwiń kieckę, tudzież nasuń mocniej spodnie na tylną część ciała a co by gacie nie wylazły nasamprzód. Potem weź się schyl, a lata już nie te, no i nos w trawę.

Co pani robi? Kozy pasę. Ot, taki żarcik rodem z dziecięcego repertuaru.


Tak czy siak kolejny skraweczek wiedzy o świecie Dziecku przekazałam. A przy tym ile nauki, ile dzielenia. Bo choć spacerując milczeliśmy chwilami i "tylko" wąchaliśmy zieleninę (no tylko tylko), to uczyłam Małego mówić. Super. Lubię to! :-)



wtorek, 2 lipca 2013

"O jaki złośnik !"

Nie lubię tego określenia i pilnuję się mocno, żeby tak nie mówić o Malcu / innych malcach też / choć w głowie często to huczy i chce wleźć na usta. Won!! A przecież tak mały jak i duży - no każdy do jasnej ciasnej - ma prawo do odczuwania złości i towarzyszących jej uczuć. Nawet pies, co złościć się umie i obrażać i dąsać, że Pańciunia już nie taka ochocza do miziania, głaskania i tarzania się po podłodze pełnej kudłów. Druga kwestia to reakcja i zachowanie będące efektem tej złości. Jak np. zasikana podłoga w miejscu gdzie akurat kończy się mata do zabawy Dziecia mego - "no przypadek, przyrzekam" drą się wniebogłosy oczęta mej Psiny...
Nie pomaga w tym niemyśleniu i nienazywaniu złośnikami rozbrykanych dzieci otoczenie, czy to w personie wykwalifikowanej pani fizjoterapeutki w słusznym wieku, pediatry, czy też pani w kolejce powiedzmy po chleb (czasem wystarczy spojrzenie i już wiesz). Dziwnym zbiegiem okoliczności przyszło mi się mierzyć z uwagami płci pięknej... Ej panowie, co to ma znaczyć, wy nie zauważacie, że Malec się drze bo chce to i tamto?! A nie, przepraszam, dziś jeden-pan-co-w-klubokawiarni-pracuje zauważył bo gdy po zajęciach poszłam pytać jak i u kogo się zapisać na kolejne, to ten na widok Synka rzekł: "zajęcia się udały? bo taki był.. ten no.. niezadowolony wcześniej". Czyli chłopy też umiom :)

To teraz trochę mądrości na temat pierwszych złości:


Dziecko w wieku 15-17 miesięcy czy nawet półtora roku do 2 lat potrafi dać się mocno we znaki rodzicom. Jego zachowanie staje się trudne przez upór i gwałtowne protestowanie. Mimo, że niewiele, a nawet często wcale jeszcze nie potrafi mówić - ciągle słyszysz "nie".

Twoje słodkie maleństwo zaczyna pokazywać swoje drugie oblicze, z którym dużo trudniej jest się pogodzić. Dziecko odkrywa swoją odrębność, rozwija osobowość i próbuje przejmować kontrolę nad swoim życiem.

W tym okresie opieka nad dzieckiem staje się naprawdę wyczerpująca psychicznie i fizycznie. Rodzice muszą wykazać się ogromną cierpliwością, sprytem, poczuciem humoru, spokojem i konsekwencją, by przetrwać ten trudny czas.

 

Dogadanie się z pociechą w tym wieku bywa naprawdę trudne, zwłaszcza, że tak naprawdę najważniejsze jest nie to, co mówimy, ale jak się zachowujemy. Co zrobić, aby wyjść obronną ręką z tego prawdziwego rodzicielskiego sprawdzianu?
 
To bardzo ważny moment w rozwoju dziecka i musimy mu pomóc przez to przejść, a przede wszystkim wiele go nauczyć. Rodzice kochają swoje dziecko nad życie i zawsze będą dawać mu wsparcie, ale świat jest skomplikowany, a życie zmusza do wyrzeczeń, dlatego właśnie stawiają mu pewne zakazy. Dziecko uczy się samokontroli i nauka ta posłuży mu w całym jego życiu.
 
Dziecko orientuje się, że jest odrębną osobą, że może mieć własne zdanie i że potrafi wpłynąć na zachowanie rodziców. Widzi, że potrafi ich nieźle rozzłościć, a słowo NIE staje się najważniejsze w jego słowniku. Wszystkie dzieci w pewnym wieku stają się trudne i marudne. Jak przetrwać ten okres?

Tzw. Bunt dwulatka ma swoje źródło w uświadamianiu sobie przez dziecko, że ono i mama są dwiema odrębnymi osobami. Dziecko powoli odkrywa swoją indywidualność i pojawia się chęć sprawdzenia, co jest możliwe. Maluszek manifestuje to poprzez okazanie odrębnego zdania, powiedzenie "Nie".

Jednak dziecko niezmiennie w tym samym czasie odczuwa też silną potrzebę bliskości i zależności. Te sprzeczne uczucia wywołują bardzo duże napięcie, które musi znaleźć ujście. Dziecięce wybuchy irytacji, napady złości są efektem nieradzenia sobie z targającymi emocjami.

Sam okres buntu jest naturalny i nie ma nic wspólnego ze złym wychowaniem dziecka. Aby załagodzić liczne sytuacje wystarczy właściwe postępowanie rodziców, dlatego do tego etapu życia dziecka warto się przygotować.



źródło 





poniedziałek, 1 lipca 2013

Stymulacja inteligencji

Pytaj, zastanawiaj się, poznawaj. To zaowocuje w przyszłości. Bez dwóch zdań.

Inspiracja ze str. Dzielnica Rodzica

"Okazało się, że nawet cecha tak zdeterminowana biologicznie jak inteligencja, podlega wpływom środowiskowym. Odpowiednie działania pozwolą dziecku rozwinąć w pełni swój potencjał, podczas gdy działania przeciwne ograniczą te możliwości. D. N. Perkins wskazuje, że można „nauczyć inteligencji” i osiągnąć znaczny postęp w rozwoju wielu umiejętności myślenia i rozumowania poprzez odpowiedni trening. Ważne jest szkolenie w rozwijaniu pewnych dyspozycji myślowych. Na dobre myślenie składa się 7 możliwych do wyćwiczenia i wyuczenia dyspozycji umysłowych:
- Tendencja do myślowego analizowania informacji w sposób otwarty, szeroki i śmiały (zadawaj dziecku „prowokujące” pytania, np. „dlaczego śnieg jest biały, przecież jest z wody, która nie ma koloru?”, „dlaczego czarne jagody są czerwone, kiedy są zielone?”);

- Tendencja do podtrzymywania stanu intelektualnej ciekawości, dziwienia się, zadawania pytań (mów dziecku o prostych rzeczach, które Ciebie ciekawią, np. „zastanawiam się ...”, „wciąż myślę o ...”);


- Dążenie do wyjaśniania istoty rzeczy, pragnienie zrozumienia (np. „jeszcze tego nie wiem, ale może sprawdzimy to w Twojej książce o dinozaurach”);


- Umiejętność planowania (stawiania sobie celów i ich realizacji), stopniowania trudności w osiąganiu bardziej złożonych celów (np. „dzisiaj poczytamy o dzikich zwierzętach, a w sobotę pójdziemy do ZOO je obejrzeć, ciekawe, czy je rozpoznasz i będziesz pamiętał jak się nazywają”);


- Intelektualna ostrożność, dążenie do bycia możliwie precyzyjnym i uporządkowanym w myśleniu (np. „myślę, że to będzie tak, ale może zapytamy jeszcze tatę, co on o tym myśli”);


- Zdrowy sceptycyzm, skłonność do analizowania ukrytych założeń, poszukiwanie i analizowanie wyjaśnień (np. „to ciekawa odpowiedź, ale chyba to trzeba sprawdzić w mądrej książce, encyklopedii”);


- Rozwijanie strategii metapoznawczych, czyli monitorowanie własnego myślenia, patrzenie na siebie z boku, powracanie myślami do wcześniejszych zachowań i interpretowanie ich, kontrolowanie swojej uwagi i emocji.


Część z tych zaleceń, takie jak stosowanie technik metapoznawczych, jest możliwa do realizacji dopiero w przypadku dzieci starszych. Niektóre dotyczą już stosunkowo małych dzieci. Na każdym jednak etapie aktualna jest jedna zasada: dziedziczymy pewien potencjał rozwojowy, ale to, czy on się rozwinie w pełni zależy od wpływów środowiska. Dopiero interakcja wrodzonych predyspozycji z nabytymi umiejętnościami daje ostateczny poziom rozwoju i funkcjonowania człowieka."


Lubię to.



niedziela, 30 czerwca 2013

Obserwuję Cię

Dwa słowa jeszcze w kontekście wychowania. Na dzisiejszym spotkaniu kręgu Domowego Kościoła padło, jak ważne jest żyć świadomie, w zgodzie z wartościami, z zasadami, które wprowadzają naokoło nas ład i porządek (w relacjach, ale także i ten dosłowny w domu, w szafkach, pokojach). W pędzie życia tę zależność w pewnym stopniu się zatraca, rzucamy buty w kąt, zostawiamy nieumyte naczynia, sterta ubrań do prasowania zalega na sofie. Nie dostrzegamy, nie myślimy o przyczynie i skutku, wykonujemy (albo nie wykonujemy) pewne czynności automatycznie, bez refleksji. A przecież wszystko to co robię jest na świeczniku. Codziennie, non stop. Jestem pod ciągłym "ostrzałem". Ja - rodzic, ja - żona/mąż, ja - człowiek. Kwestia rodzic-dziecko boli najbardziej, bo rośnie obok nas człowiek, który nie będzie takim, jakim chcemy aby był. Będzie taki jak my. Mądrze to ktoś ujął. Bolesna prawda, bo widzę ile mi brakuje, jak wiele jest do poprawy, do zmian.



Jutro kolejny dzień, kolejna szansa.
Ty obserwujesz mnie a ja obserwuję siebie. I wprowadzam zmiany na plus.
Dziękuję.







Owsiki

Spotkanie ze znajomymi, ciekawe rozmowy, wymiana doświadczeń. Dziś o wychowaniu. Ja stróżuję. Na schodach. Obserwuję, zabezpieczam, jestem tuż obok w razie "w". Zresztą jestem do tego wzywana:

Syn: "Mamma!"
Matka: "Jestem."
Syn: "Mammma!!"
Matka: "Jestem Kochanie, stoję, patrzę. Doskonale sobie radzisz."
Syn: "Yyyeee"(to taki dźwięczny szeroki uśmiech)

:-D

Klatka schodowa składa się z 3 biegów (sprawdziłam fachową nazwę dla pochylni ze stopniami), każdy z ok. 10 schodów. Drewnianych, więc ciepło w stopy. Runda w górę, w dół. I tak pięć razy w te i wewte. Nie ma balustrady, więc nieodzowne jest człapu człap za Malcem-raczkiem wdrapującym się po stopniach. A potem srut! i na dół. "Teraz lewa, a teraz prawa noga, o tak Synku". Rozmowa dociera do mnie echem, więc się ich doświadczeń nie nasłucham, za to cały czas wymieniam doświadczenia z małym Towarzyszem doli i niedoli :)
Matka: "Gdy schodzisz, idź bliżej ściany". I idziesz. Niesamowity Mały Mądrala. Mój Bystrzak, uczący Matkę cierpliwości i wyrzeczeń. Pokazujący, że praktykowanie jest najlepszym rozwiązaniem. A o wychowaniu to sobie mamusiu poczytasz w necie, w końcu nie na darmo naotwierałaś sobie dziesiątki zakładek w przeglądarce.

:-/

(Bo moje ostatnie ulubione zajęcie to sprawdzać wytrzymałość i przepustowość Firefoxa. Daje radę nawet z ..... [tu mąż dostanie epilepsji] z.... nie, nie napiszę. Wstyd, a pewnie i tak rekordu Guinessa nie pobiję. Dla ciekawskich ile w tej chwili mam otwartych stron - matematyczna zagadka:


W którym miejscu machnąłeś ręką / puknąłeś się w czoło? Bo ja nie mam zielonego pojęcia jaki może tu być wynik.  :-D

Wracając do schodów.... Chwilowa zamiana z Mężem, teraz on człapie za Synem. Ja idę usiąść i odświeżyć złącza w mózgownicy wsłuchując się w każde słowo doświadczonych :) Za parę minut w eterze rozlega się głośne "Mamma". I tyle się naodświeżałam. Więc znowu: "lewa noga, prawa noga. Pamiętaj, idź blisko ściany." A w duchu, a za chwilę i na ustach: "Matko i córko, Ty masz chyba OWSIKI!!".

Nie?!?!! Nie owsiki??!?!
"Zaangażowanie dzieci w aktywność motoryczną, spontaniczne zwiększanie wysiłku i stopnia trudności zadań ruchowych, determinacja w dążeniu do „ruchowego celu” wskazują na wrodzony charakter potrzeby ruchu, a nie wyraz niesforności dziecka."

Marzyłam o tym, żeby dużo raczkował bo w końcu tak się "rozwija i synchronizuje współpracę pomiędzy półkulami mózgowymi, co jest podstawą szybkiego kojarzenia, zapamiętywania i przypominania w przyszłości." Więc mam com chciała. Ejj noo, przecież się cieszę. Wewnętrznie :)

Za chwilę na piętrze Syn daje mi zaproszenie do wykazania się. Chwyta się za nos. Z oczu, gestów wyczytuję jasno i wyraźnie: "Mamo zaśpiewaj Kulfona".
"OOOOWWSSSIIIIIIIKIII WRAAAACAAAJJJCIEEE!!!!!!"



zamieszczone cytaty z http://dzielnicarodzica.pl/13003/27/artykuly/chodziak/wychowanie/Gdyby_kozka_nie_skakala